...czyli RĘKO?TWORY bez granic, wolna twórczość wszelakiego rodzaju,dokonana nie tylko ręką, ale duszą i każdym zmysłem pozwalającym odbierać świat...PODKARPACKIE, bo każdy ma swoją Małą Ojczyznę z której wyruszamy w podróż życia, co nie oznacza, że nie chcemy poszerzać naszych horyzontów, wręcz przeciwnie nasza droga jest kręta i otwarta na wszystkie sfery, obszary, napotkane miejsca i ludzi...ZAPRASZAMY!

wtorek, 17 kwietnia 2012

Drzewa umierają stojąc...


 Odkąd sięgam pamięcią zawsze była pod moim oknem...
Razem rosłyśmy, a potem rosły z nią moje dzieci.
Ona i jej siostry wierzby były jedyną oazą zieleni na naszym szarym blokowisku.
Zachwycała swoją bujną "grzywą" drobniutkich, zwisających aż do ziemi gałązek.
Była piękna i zadziwiająca o każdej porze roku i przy każdej pogodzie.
Niecierpliwa wiosną, najwcześniej wypuszczała maleńkie seledynowe pączki, pośród których gnieździły się słowiki, dając wieczorami mistrzowskie koncerty śpiewu.
Latem wśród gęstwiny gałązek, dawała schronienie umęczonemu spiekotą ptactwu, które jak do matki, ,  wracało w bezpieczne miejsce,  podczas rozszalałej ulewy, czy burzy. W pooranej przez czas, wierzbowej korze, ostre dziobki całymi godzinami  wyszukiwały smacznego pożywienia, gramoląc się i świergoląc niemiłosiernie na wszystkie możliwe ptasie głosy.
 Jesienne deszcze obmywały żółknące listki, które potem w słonecznym blasku lśniły i mieniły się barwnymi refleksami, to znowu  z rozkoszą dygotały na wietrze, by wreszcie pokazać całą swoją okazałość w tańcu z potężnym i srogim halnym. Pokłoniło mu się  niejedno tęgie drzewo, z głośnym trzaskiem łamane w pół,  te słabsze padały do jego stóp,  wydarte bezlitośnie z korzeniami, a moja wierzba wciąż trwała na swoim posterunku pod oknem.
 Lubiłam rankiem je otworzyć i zamiast okiennych oczodołów  z naprzeciwka,  zobaczyć monumentalną koronę , otoczoną aureolą wschodzącego słońca. Patrzyły wtedy na mnie dawno już obudzone i ciekawskie ptaki, stali rezydenci drzewa, zmieniający się o każdej porze roku.
 Zimą olbrzymie i lśniąco-pióre krukowate, ześlizgiwały się po ośnieżonych konarach, przeskakiwały z jednego miejsca na drugie, urządzały głośne gonitwy wśród gałęzi, strzepując przy tym śnieg, który mieniąc się spadał na dół wielkimi czapami. 
Dla nich i dla ich letnich mniejszych braci zmienników, korona starej wierzby była ogromnym placem zabaw, miłosnych uniesień, źródłem pożywienia, wypróbowanym schronieniem i prawdziwym, bezpiecznym domem.
Dla mnie...wspomnieniem dzieciństwa, poczuciem bezpieczeństwa i spokoju. 
Każdego ranka witałam ją i licznych jej mieszkańców  z okna mojej mansardy i wiedziałam, że świat się jeszcze nie skończył, a ja muszę przetrwać każdą zawieruchę mojego życia, tak jak ona.
Tej wiosny cieszyłyśmy się obydwie, że wreszcie nadchodzą cieplejsze dni, że pierwsze wędrowne ptaki kokoszą się znowu w znajomych zakamarkach wierzbowych, że uwijają się tam i z powrotem z wiórkami, piórkami, trawkami w małych dziobkach, budując bezpieczne gniazdka, że wyśpiewują miłosne poranne trele, że dzięki temu wszystkiemu  chce się żyć...
Dzisiaj nie obudziły mnie głośne przekomarzania ptaków w jej koronie, ale dźwię piły łańcuchowej,  przemieszany  z wulgarnymi, głośnymi okrzykami robotników.
Przerażona skoczyłam do okna...
Zdążyłam zobaczyć wyciągnięte do mnie, nagie już ramiona mojej wierzby 
i robotnika na podnośniku, który z narzędziem zbrodni w obu dłoniach zamierzał się na nie...
Opadły z głośnym hukiem na miękką poduchę ze ściętych wcześniej delikatnych, seledynowych gałązek...nie minęło dużo czasu, jak jednym cięciem powalono olbrzymi pień.
Moja PŁACZĄCA WIERZBA PRZYJACIÓŁKA, towarzysząca mi wiernie przez 47 lat nie żyje,  a wraz z nią odeszło wszystko, co w niej żyło...Ona już i nigdy nie "płakała", płakałam ja...
Dlaczego właśnie ona i dlaczego teraz, kiedy obudzona wiosennym słońcem i nieznanym nikomu innemu roślinnym instynktem, z wielką siłą zaczęła  czerpać życiodajne soki, żeby wypuścić na koniuszku każdej gałązki takie maleńkie, kosmate zieloniutkie cuda, powielone w milionach bliźniaczych egzemplarzy?Dlaczego właśnie teraz, kiedy tak bardzo była gotowa by żyć?
...Zbiegłam na dół, serce mi mocno biło, łzy cisnęły się do oczu, kiedy weszłam na puste miejsce, jak po wyrwanym zębie. Zebrałam resztki kory, drzazgi i kilka gałązek, znowu  powstanie kolejny Anioł...Anioł Wierzbowy... Rękotwór..tak powstają moje wszystkie ANIO ŁY  natury. 
Dzień dobry, drzewa, polskie drzewa!
 Wiatr Wam ballady swoje śpiewa
i rozczesuje wasze liście, co w oczach mienią się srebrzyście.

Dzień dobry, drzewa, polskie drzewa!
Wiosenna poi was ulewa, 
a potem grzeje ciepłe słońce
i słychać znów słowików koncert

[...]Dzień dobry, drzewa, polskie drzewa!  
Wiosna was szczodrze przyodziewa
i trwacie tak na naszej ziemi
na przemian w bieli i w zieleni!

     / Włodzimierz Ścisłowski
/